RSS
niedziela, 30 września 2012

Na wstępie to wrzucę przepiękny tekst, wywiad z dzisiejszych WO. Bloga Joanny pewnie sporo osób zna, wielka kobieta...

żeby Janek kochał życie

U nas prozaicznie, Emil po dwóch dniach w przedszkolu (wcześniej tydzień spędził w domu z wirusem) dorobił się zapalenia oskrzeli. które ponoć brzmiało jak zapalenie płuc. Antybiotyk daliśmy, pierwszy od dawna. Żal mi chłopaka, bo wytrącony z rytmu, przedszkole ma takie cudne, a więcej go w nim nie ma niż jest.

Zuza na szczęście się trzyma, w przyszłym tygodniu ma zamiar zwiedzać stolicę z fundacją i wreszcie odwiedzi Centrum Nauki Kopernik - marzy o tym od dawna, a nam jakoś nie udało się samodzielnie wyjazdu zorganizować.

Wczoraj po pracy udało mi się zabrać młodą na moją uczelnię byłą - fajna akcja w ramach nocy naukowców - dzieciaki mogły przymierzyć stroje z różnych stron świata. Z niecierpliwością czekam na profesjonalne fotki, moje komórkowce wyszły niezbyt wyraźne. Zuzka była zachwycona, przebieraniem, pozowaniem, malowaniem - te czerwone usta i umalowane oczka, ach...

 

Od miesiąca Zuzka dostaje lekkie leki przeciwdepresyjne. Po konsultacji z Panią Psycholog, do której chodzi uznaliśmy, że lepiej jej pomóc. Koniec roku szkolnego i wakacje były pod tym względem bardzo ciężkie. Trudno patrzeć na dziecko, które w ogóle się prawie nie uśmiecha, a jeśli już, to jest to smutny uśmiech. Na szczęście teraz jest lepiej, trochę mi się włącza poczucie winy, że nie umiemy tak jej pomóc bez odwoływania się do chemii... W głowie jednak kołacze mi coś, co Maju kiedyś napisałaś mi w którymś z komentarzy... I myślę, że tak jest najlepiej dla niej, choć to nie jest łatwa decyzja. Chodzi roześmiana, podśpiewuje, mniej płacze - to ostatnie było dla niej bardzo trudne, bo w szkole śmiali się z niej, że jest beksa itd. Jestem wdzięczna, że mamy do kogo zwrócić się w tej sprawie o pomoc, że nie musiałam z ulicy iść i szukać specjalisty, tylko mogliśmy iść do Cioci, którą Zuzia zna o lat i nie czuje się skrępowana gadaniem o swoich uczuciach i emocjach. Jesteśmy też umówieni do innej psycholożki, Zu mogłaby tam chodzić nawet co tydzień a do tego niedaleko od nas jest przychodnia, myślę, że taka bardziej regularna i namacalna praca z lękami może przynieść jej dużo korzyści.

Miłej niedzieli :)

 

00:17, katahal
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 września 2012

hohoho, dawno mnie tu nie było. Widzę, że pojawiają się reklamy na górze, szkoda że na tym nie zarabiam. A wpis należy się Kindze, bo po Twoim telefonie kochana musiałam sprawdzić, czy ten blog w ogóle jeszcze istnieje ;)

U nas pomału, raz tak, raz siak - co tu dużo pisać, życie. Wakacje za nami, z jednej strony - żal - jakoś wielce nie wypoczęliśmy (kiedy to było???), z drugiej - fajnie, że już szkoła - Zuzi dobrze to robi na psychikę. Byliśmy z dziećmi nad morzem, pogoda wtedy była niestety kiepska, ale trochę pospacerowaliśmy. Ja tylko oczywiście spać nie mogłam, bo nasłuchiwałam, czy Emil nie ma duszności po kontakcie z kotem i psem...

Emil w sobotę skończył pięć lat. Jestem nieco zszokowana, że tak szybko to minęło, zaraz trzeba zacząć myśleć o szkole a w przypadku Zuzi - o gimnazjum. Ponieważ wczesne dzieciństwo Emila ściśle powiązane z Zuzi chorowaniem - kolejny szok, to już prawie pięć lat od czasu, gdy usłyszeliśmy diagnozę. Ale dobrze, dobrze, niech czas leci...

Zuzka wakacyjnie wybyła na obóz - trochę płakała, martwiliśmy się, że z nikim nie rozmawia i ryczy po kątach, ale wróciła cała zadowolona i w przyszłym roku też chce jechać ;) Wydoroślała w ogóle strasznie.

Cały sierpień i wrzesień w pędzie, zmęczeni jesteśmy ale nadrobiliśmy zaległości towarzyskie i to było fantastyczne. Dziękujemy wszystkim za spotkania, nocowania, koncerty i dobry czas.

Na koniec zdjęcia z soboty :)

em

 

zu

Miłego dnia :)

K.

14:35, katahal
Link Komentarze (2) »
środa, 13 czerwca 2012

Hej, kochani


Raz na kwartał w Allegro robimy coś, co zwie się APA (akcje pracowników
allegro). Jest to oddolna akcja, koordynowana przez kilka osób po
godzinach pracy. Zbieramy przedmioty, opisujemy je, wystawiamy... i
liczymy na pomoc życzliwych ludzi, którzy zechcą je kupić i pomóc
dziecku będącemu beneficjentem danej edycji.


Obecna akcja po raz drugi jest próbą wsparcia ciężko chorego Patryka.
Poniżej krótkie info. W necie znajdziecie na pewno więcej informacji o
chłopcu, nie wrzucam ich wszystkich tutaj, są dość drastyczne. Jego
życie jest naprawdę pasmem cierpienia :(

  
 
Patryk Kowalski ma w tej chwili 11 lat, choć wygląda na kilkulatka. Cierpi na
najcięższą odmianę pęcherzycy i jest w tej chwili – jak podają media –
jedyną osobą z tym schorzeniem w Polsce. Każdy uraz, czy zwykły dotyk,
powoduje „odklejanie” się warstwy naskórka od skóry właściwej Patryka i
powstawanie na niej pęcherzy, które pękają i przekształcającą się w
rozległe i bolesne rany. To samo dotyczy błon śluzowych, np. przewodu
pokarmowego, oczu, nosa...



Zerknijcie na aukcje, w najbliższych dniach będzie przybywać
przedmiotów. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie, wystawione są od
kilku złotych - za grosze można upolować coś naprawdę fajnego a kasa
oczywiście pójdzie na zakup najpotrzebniejszy Patrykowi rzeczy. Patryk
jest podopiecznym Fundacji Gajusz i na jego subkonto w tej organizacji
przelane zostaną zebrane środki.


zapraszam:


http://allegro.pl/listing/user.php?us_id=9165932

 


18:48, katahal
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 maja 2012

Zuzia wróciła dziś z tygodniowej wycieczki z Fundacją - znów zwiedzali Europę :) zadowolona, ale tęskniła bardzo, codziennie ryk do telefonu, powiedziała, że więcej nie jedzie. Zobaczymy za rok :P

Emil spokojniej z alergią, ostatni tydzień pod znakiem jelitówki i znów wolne od przedszkola. Bycie w domu mu nie robi dobrze niestety. Mam nadzieję, że od poniedziałku nie będzie mi znów robił jazd przy zostawianiu go...

Dziś w końcu jestem jakaś spokojniejsza, ostatnie tygodnie były w pędzie, weekend zupełnie szalony - Zuzi wycieczka (odstawialiśmy ją w nocy), przepiękny ślub mojego kuzyna (wyjazd do Warszawy) - Emil z babcią w tym czasie i ze sraczką za przeproszeniem, poprawiny mojej koleżanki ze studiów (już Poznań) i to wszystko w ciągu dwóch dni. Do tego ten miesiąc minął nam pod znakiem kompletnego spłukania, poprzedni z resztą też - rachunki zimowe ogromne i nowa pralka (stara prała w zimnej wodzie od dość dawna, naprawa wiadomo, z 700 pewnie), ta ostatnia wisi jeszcze na karcie kredytowej. Oby teraz było do przodu, jedzenie w lodówce jest, jak mawia synek mojej znajomej "chleb jest" i to najważniejsze.

Zuzia z autobusu jeszcze wysłała mi życzenia. Dla takich słów i uczuć warto żyć...

"miec taka mame to takie szczescie ze nie da sie tego opisac tak jak nie da sie wyobrazic sobie ze kiedys nie bylo nic:*:*:*:*:*"

23:01, katahal
Link Komentarze (1) »
środa, 02 maja 2012

nie będę znów zaczynać od wymówek, dlaczego pisanie tu mi nie wychodzi ;)

A u nas nic nowego. Ostatni miesiąc pod znakiem Emila alergii, niestety - jest gorzej, miał jakąś masakryczną pokrzywkę nie wiadomo dlaczego, już wyszliśmy na prostą a tu ponoć zapalenie gardła. Z antybiotykiem się wstrzymujemy do piątku, chciałabym, żeby udało się bez bo antybiotyk to znów tydzień w domu i dochodzenie do siebie. Tylko kolejnego osłabienia odporności nam brakuje. Zrobiliśmy prywatnie testy, bo na nfz lub nawet z prywatnego ubezpieczenia, które mam w pracy tylko testy ze skóry, a w jego przypadku to byłoby ryzykowne. Nie mam pojęcia, dlaczego zamiast lepiej jest coraz gorzej, nie chcę, żeby musiał wciąż brać jakieś sterydy, infekcje nawracają, masakra po prostu. Coraz poważniej myślę o jakiejś homeopatii czy czymś takim.

Zuzka też kaszle notorycznie, do tego katar - akurat tu też obstawiam alergię, zaczęła brać zyrtec i przeszło, a że i mnie wzięło w ostatnich dniach katarowo to chyba niestety pyłki robią nam krecią robotę.

Plus tego wszystkiego jest taki, że w ramach walki z roztoczami (na które Emil ponoć nie jest uczulony, choć zobaczymy w nowych testach co wyjdzie) zabrałam się za wiosenne porządki. Z pokoju dzieci po odgruzowaniu wyrzuciłam ze trzy wielkie worki śmieci, przerobiliśmy nasz zbiór segregatorów z dokumentami a kosz na pranie okazał się mieć dno. Skąd się biorą te przedmioty?

Jeśli chodzi o mnie - przeszłam na dietę, zaczęło mnie dołować, że ważę mniej więcej tyle co pod koniec ciąży z Zuzią. 10 lat - 10 kilo, niedobrze. Od jakiś dwóch miesięcy biegamy, ostatnio mała przerwa spowodowana nawałem kataru, przez który nie mogłam oddychać, ale jutro wracam. Mam mocne postanowienie, że doprowadzę ten plan treningowy do końca - zwykle mam problem z doprowadzeniem czegokolwiek do końca... mam nadzieję, że przynajmniej to się uda.

22:23, katahal
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2012

co do częstotliwości wpisów. Ale wiecie - jak nie piszę zbyt często to znaczy, że wszystko u nas w miarę w porządku, tylko czas się nie rozciąga.

Przedstawiam skrót wydarzeń poprzedniego miesiąca:

  • Zuzanna miała 11 urodziny. To dla niej krok w dorosłość niemalże ;) w końcu stała się nastolatką

[właściwie to pamiętam, jak sama kończyłam 11 lat i cieszyłam się, że od tej chwili książka, którą lubiłam pt. "nastolatki robią ozdoby i upominki" będzie też skierowana bezpośrednio do mnie. Pamiętacie te książki? :) ]

Dla mnie to były ciężkie dwa tygodnie, bo 6 dni w pracy a w niedzielę Zuzi imprezki - najpierw dla dzieci z przedszkola, z którymi czasami udaje nam się zobaczyć. Fajnie było, dzieciaki się wybawiły a ja sobie z mamami pogadałam nareszcie. Kolejna niedziela pod znakiem znajomych ze szkoły - tym razem mamy nie przyszły, więc nie miałam nic do roboty.

  • 5 marca obchodziliśmy cichutko rocznicę 2 lat od zakończenia chemioterapii. Oby tak dalej :)
  • Zuzka jakoś ostatnio lepiej z odpornością, Emil co jakiś czas ma swoje chrumkająco - kaszlące epizody, ja się trzymałam długo ale przed weekendem powaliło mnie na serio jakieś grypsko, 4 dni spędziłam w łóżku [dzięki wyrozumiałości rodzinki] niezbyt się z tego ciesząc, bo nawet jak spałam [a uwielbiam spać, jak wiecie] to budziłam się połamana lub przepocona. W każdym razie- było minęło, już zdrowa i jutro do roboty. Marcina przy zdrowiu trzyma adrenalina, której jak brakuje czym prędzej mu dostarczam :P
  • Babcia mieszka wciąż z nami, niby lepiej się czuje, ale wciąż jeszcze nie bardzo na powrót do domu. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak dzieci ją w ogóle wypuszczą za jakiś czas.
  • Emil pokochał swoje przedszkole (choć czasem twierdzi, że go nie cierpi), w którym dostaje na podwieczorek wafle ryżowe z dżemem nazywającym się podobnie do słowa plotka (ktoś zgaduje?). Przedszkole jest naprawdę super, ideałów nie ma na świecie, ale to jest całkiem bliskie :) Ciocie mamy cudowne, widać, że bardzo zależy im na dzieciakach, dbają o nie, obserwują wnikliwie, doradzają mądrze :)

 

zu

na dobranoc urzekający cytacik (wciąż czytam o spaniu ;) ):

"Życie to coś, co robi się , kiedy nie można zasnąć". Fran Leboitz

00:25, katahal
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 lutego 2012

W sumie to podziwiam, że jeszcze tu zaglądacie, nie jestem zbyt regularna ;) Kilka niezwiązanych zbytnio ze sobą akapitów z poprzednich tygodni...

U nas ferie trwają. Zuzia niestety niezbyt zadowolona, bo atrakcji brak. Poprzedni tydzień miałam urlopowy, Zuz pojechała do moich rodziców (i rodzeństwa), więc chociaż jakaś odmiana. Padał tu u nas śnieg wreszcie, kilka dni było naprawdę ładnych i zimowych, ale nawet nie wyjęliśmy sanek, bo dzieci zasmarkane. Emilek znów alergicznie, przeżyłam chwile stresu w zeszłym tygodniu, bo choć jechałam do lekarza w celu osłuchania go wyłącznie, przy rozbieraniu ukazała się ku mojemu przerażeniu występująca właśnie na całym ciele pokrzywka. Nie mam pojęcia, co ją spowodowało. Całe szczęście jeden zastrzyk w dupcię pomógł. Później wprawdzie wyszły mu jakieś siniaki na stopach, też nie mam pojęcia co to, ale zniknęły następnego dnia rano, więc może były spowodowane odciśnięciem butów, może stópki mu spuchły jak dostał tej pokrzywy.

Zuzik zakatarzony i oczy ma jakieś podkrążone, z jej wiecznym fochem na buzi robi to troszkę kiepskie wrażenie. Mam nadzieję, że to tylko jakiś chwilowy spadek formy. Powiem szczerze, dzieci w okresie dojrzewania, nawet u jego progu, są trudne w kontakcie. Kocham ją ogromnie, ale dołuje mnie ten naburmuszony wyraz twarzy. Nie mam ochoty wtedy gadać, ani nic. Wiem, że potrzebuje naszej uwagi, staram się ją poświęcać, ale często po pracy i zrobieniu obiadu mam ochotę po prostu chociaż na godzinę zaszyć się pod kołdrą z herbatą i książką lub gazetą i odsapnąć. Zwykle jednak dokładnie w tej chwili, po napełnieniu brzuszka podsuniętym pod twarz jedzonkiem dzieci mają ochotę na figle. Emil jakoś to jeszcze akceptuje, ale Zuz zawsze chyba odbiera to jak odrzucenie, dowód na brak miłości itd. Dołuje mnie to.

W czasie krótkiego urlopu (mojego, bo Marcin pracował) byliśmy dwa razy w kinie. Dziś koleżanka się ze mnie nabijała w pracy, że powtórzyłam to kilkakrotnie. A to dlatego, że oba filmy wyjątkowo mi się podobały. Zasadniczo nie jestem wielką fanką kina, lubię niektóre filmy (które znam :P ) i mogę je oglądać wielokrotnie, ale ciężko mi dogodzić, bo jestem wrażliwcem strasznym. Trudno mi zwykle oddzielić film od życia, przeżywam te dramaty prawie jak swoje, nie umiem patrzeć na ekran jak na obraz (chyba, że film jest bardzo estetyczny). Unikam więc pozycji, których głównym tematem są wielkie ludzkie dramaty, podłość, zdrada, cierpienie, ból. Przy tym nie przepadam za banałem. Więc jak widać, trudno coś wybrać ;)

Tym razem M zabrał mnie na "Perfect sense" (polski, średnio trafiony tytuł to "Ostatnia miłość na ziemi"). Wrażenia estetyczne na wysokim poziomie ;) .Temat: apokaliptyczny. Ale nie jakieś kiepskie sience fiction, atak kosmitów, epoka lodowcowa, wybuch wulkanu czy kalendarz Majów. Po prostu, z dnia na dzień na świecie zapanowuje dziwna epidemia. Najpierw ludzie tracą węch, później smak, kolejno dalsze zmysły. Co ciekawe, mam wrażenie, że świetnie opisano proces, który człowiek przechodzi w wyniku straty. Najpierw - przygnębienie, obezwładniające, nie do ukojenia. Później - strach i przerażenie. Następne są wściekłość i gniew. Na koniec przebaczenie, akceptacja, spokój i trwanie. Wiecie, nie znam się na filmach, nawet nie umiem o tym pisać - czuję niektóre rzeczy podskórnie, może też odbieram je inaczej, niż twórcy mieli w zamyśle. Pewnie recenzje filmu są różne, może dla niektórych to za proste i zbyt dosłowne, ja byłam zachwycona. Podobało mi się też zakończenie. Jest niedopowiedziane, być może ludzie zachowają swój ostatni zmysł, być może też go utracą, może pozbawieni pozostałych umrą z głodu, może nauczą się żyć. Ale życie płynie dalej.

Drugi film to "Rzeź". Uśmiałam się jak dawno mi się nie zdarzyło, a raczej dużo się śmieję. Świetna analiza stosunków społecznych i relacji międzyludzkich we współczesnym świecie. Do tego wszystko dzieje się w jednym mieszkaniu (i na korytarzu), więc to prawie jak spektakl. Bardzo mi się podobał.

Co jeszcze... Czytam. Kolejną książkę o spaniu (mówiłam, że spanie to moja pasja? Dzieci tego nie lubią...). "Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu". Ciekawa i pouczająca. Usprawiedliwia moją potrzebę snu :) Więcej nie napiszę, ale polecam, do przemyślenia.

Odzyskałam telefon. A właściwie - mam nowy. Wygrałam bitwę z orange. Tu wielkie dzięki dla Artura, znajomego prawnika, który pomógł mi w odpowiednim momencie napisać profesjonalne pismo. W każdym razie, po 2 i pół miesiąca orange łaskawie wymieniło mi mojego zepsutego iphone'a na nowy egzemplarz. Cieszę się, bo jednak przyzwyczaiłam się do tego gadżetu, umowę mam jeszcze na dwa lata, więc kiepsko by było, gdybym musiała "spłacać" coś, czego nie mogę używać. Ale ostatecznie zraziłam się do produktów z jabłkiem, co jest zarzewiem małych konfliktów z małżonkiem, który z kolei jest ich wielkim fanem. Ale cieszy mnie nawet bardziej fakt, że nie odpuściłam. Bo ja mam jakiś taki defekt, że zwykle odpuszczam. Nie sprawdzam cen w sklepach, jak ktoś mi coś źle nabije na kasie to zlewam (chyba, że różnica byłaby znaczna), reklamacji zasadniczo nie piszę, paragony gubię więc z gwarancji nie korzystam. A teraz mi się udało pociągnąć to do końca i jestem z siebie całkiem dumna. Kolejna rzecz, którą mam zamiar doprowadzić do finału to pewna wielka robótka (robota?) szydełkowa. Może tym razem mi się uda, bo zwykle zaczynam różne rzeczy i nie mogę ich skończyć.

A teraz zmykam, moja aplikacja w iphonie analizująca rytm snu pokazuje, że śpię jednak za mało, więc czas się oddalić w kierunku łóżka.

23:17, katahal
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2012

 

magiczny guzik na poniedziałek :)

08:58, katahal
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 stycznia 2012

Dziś cytat, z okazji że najwyraźniej kilka dni temu przekroczyliśmy 100 tys odsłon. Nie jaram się jakoś szczególnie blogowaniem, raczej nie sprawdzam statystyk, nie biorę udziału w konkursach, nie umiem pisać regularnie itd. Jedyne, czego mi żal, to że nie umiem tego bloga otagować czy co się z nim robi. Myślę, że gdyby wyskakiwał przy wyszukiwaniu słów typu białaczka u dzieci itd to nawet mógłby jakimś rodzicom chorych dzieci pomóc. Chyba jest dość pozytywny, mimo wszystko. Pamiętam, jak ja szukałam informacji, kiedy Zu zachorowała (4 lata temu, kurcze, czas leci). Trafiałam na różne blogi, ale zwykle się urywały...co nie nastrajało pozytywnie. Teraz w sumie nie śledzę takich historii, z dzieciaczków białaczkowych czytam tylko o Amelce, jakoś szczególnie jest mi bliska. Pewnie dziś jest już więcej tego typu zapisków. W każdym razie, co tam, 100 tysięcy też może być pretekstem do cytatu ;) Zakładając bloga w pośpiechu wybrałam mu tytuł. Mgliste miałam i mam pojęcie o wu wei, ale jak sądzę raczej dlatego, że ono samo w sobie jest raczej ulotne, nie ma jednej dobrej definicji, wyczuwa się je gdzieś w powietrzu i własnym wnętrzu po prostu.

Cytacik z książki, o której ostatnio wspomniałam, "Jak być leniwym". Tak, wciąż ją czytam, po parę stron dziennie zazwyczaj ;) inaczej przy tym trybie się nie da.

"Dawni Chińczycy ukochali sobie obraz rzeki, która na swojej drodze od gór do morza biegnie tam, gdzie napotyka najmniejszy opór, tworząc piękne i niepowtarzalne meandry. W wu wei chodzi o to, by w codziennym życiu płynąć z prądem; poddać się losowi i spokojnie podążać z nurtem, patrząc na świat z dystansem, podziwem i mądrością. "

Powodzenia :)

I na koniec Zuzi ulubiony kawałek ostatnio, mój też zresztą.

21:07, katahal
Link Komentarze (4) »
wtorek, 10 stycznia 2012

Na polskim Pani zadała dzieciom pracę domową - opowiadanie na jeden z wybranych tematów. Zu napisała...Postanowiłam się z Wami podzielić. Wiem, że każda matka jest zapatrzona w swoje dzieci, ale czyż ona nie jest niesamowita? Kto pisze takie opowiadania w wieku 11 lat...

 

Dziewczynka, która zamieniła się w kroplę deszczu

 

             Pewnego deszczowego dnia, w małym jednorodzinnym domku, przy oknie siedziała dziewczynka. Lecz nie była to zwykła dziewczynka, która chodziła do szkoły, bawiła się z innymi dziećmi i z rówieśnikami. Była ona chora na chorobę, której nie da się wyleczyć. Miała nauczycielkę, która przychodziła do niej do szpitala. Wszyscy jej zazdrościli, że nie musi chodzić do szkoły. Ona nie przejmowała się przykrymi komentarzami, że jest inna, ponieważ jeździ na wózku inwalidzkim. Dorośli współczuli dziewczynce, a ona… nic. Dlatego, że... No właśnie, dlaczego? Czemu dziewczynka nie była smutna? To była właśnie jej mała tajemnica.

 

            Dziewczynka miała przyjaciółkę  ze szpitala. Lecz nie była to zwykła przyjaciółka. Była ona wolontariuszką, która była bardzo niezwykła, tajemnicza i bardzo podnosiło to dziewczynkę na duchu. Dziewczynka miała na imię Róża, a cała wyglądała pięknie jak kwiat. Róża nie miała rodziców, dlatego zajmowała się nią Dominika (bo tak miała na imię wolontariuszka).

 

            Dwa tygodnie wcześniej Róża miała wyjść na parę dni do domu, ale miała problem, bo nie miała gdzie iść. Jej rodzice zginęli, gdy była w szpitalu. Gdy wszyscy zastanawiali się co z Różą zrobić właśnie przyszła Dominika i zaproponowała, że weźmie ją do siebie. Lekarze dobrze znali Dominikę, więc się zgodzili.  Gdy Dominika zawiozła ją do siebie, pościeliła jej łóżko i zrobiła obiad. W tym czasie Róża rozejrzała się po domu.

 

            Z zewnątrz dom wyglądał na mały, jednorodzinny domek, lecz w środku przypominał wielki pałac. Miał pełno pokoi, schody, które wyglądały, jakby prowadziły w górę i w górę, i w górę i nigdy się nie kończyły. Dziewczynka niestety nie mogła sprawdzić czy naprawdę schody się nie kończą, lecz zauważyła pewne drzwi, które ją bardzo zaciekawiły. Mimo, że drzwi były takie same jak mnóstwo innych w tym domu, Róża miała przeczucie, że tam „coś” jest. Gdy je otworzyła, zobaczyła pełno różnych fiolek, probówek i różne księgi. Lecz jedna rzecz szczególnie przykuła uwagę Róży. Była to kula. Szklana kula, w której zazwyczaj pada śnieg. Ale ta kula był inna. Zamiast śniegu padał w niej deszcz. Gdy dziewczynka tak patrzyła w kulę, pomyślała o tym, jak bardzo lubi deszcz. Chciała, żeby inni też go lubili. I nagle Róża zobaczyła wewnątrz kuli dziewczynkę pod parasolem i bardzo się zdziwiła.

 

-       Co tam robisz, Różo? – spytała niespodziewanie zjawiając się Dominika.

-       O, Dominiko, nie zauważyłam cię. Właśnie znalazłam tu taką piękną kule deszczową. Przypomina mi moje największe marzenie. – powiedziała Róża nadal spoglądając w kulę.

-       A jakie masz marzenie, kochana? – spytała Dominika

-       Moim marzeniem jest zamienić się w maleńką kroplę deszczu i cieszyć ludzi deszczem, żeby się uśmiechali i byli zawsze radośni, jak ty. – powiedziała Róża i uśmiechnęła się ślicznie do przyjaciółki. Dominika uśmiechnęła się także i powiedziała:

-       Masz piękne marzenie. Chodź, już zrobiłam obiad. Lubisz kurczaka z fasolką zieloną? – spytała.

-       Och, uwielbiam! Skąd wiedziałaś?

Dominika tylko tajemniczo się uśmiechnęła i zawiozła Różę do kuchni.

            Wieczorem, gdy dziewczynka już spała, Dominika przyszła do niej i dała jej buziaka w policzek. Postanowiła, że zaadoptuje Różę i postara się, żeby te dni, które jej zostały były najpiękniejsze.

 

            Następnego ranka, gdy Róża się obudziła, Dominika była już na nogach. Przyszła do dziewczynki, pomogła się ubrać i usiąść na wózku. Dziewczyny zjadły śniadanie i wyszły na spacer. Dominika nie powiedziała gdzie idą, ponieważ chciała zrobić przyjaciółce niespodziankę. Szły, szły i gdy już doszły, okazało się, że dotarły do dość dziwnego parku.

 

-       No, jesteśmy. – powiedziała Dominika i wyjęła ze swojej malutkiej torebki: obrus w kratkę, koszyk piknikowy z jedzeniem i butelkę wody.

-       Jak ci się to wszystko zmieściło w tej małej torebce? – zdziwiła się Róża.

-       Masz ochotę na kanapkę lub ciasto czekoladowe? – spytała Dominika zmieniając temat.

-       Oczywiście, że mam. Tylko… nie ma tu żadnego stołu, a wiesz, że ja… - nie dokończyła zdania, bo jakby na zawołanie zobaczyła przed sobą stół z nakryciem i jedzeniem z koszyka.

-       Mam tylko taki, nic innego nie wzięłam. – powiedziała jakby nigdy nic Dominka.

 

Gdy zaczęły jeść, Róża przyglądała się parkowi. Ćwierkały ptaki, ale jakby inaczej. Nikogo w tym parku nie było.

 

-       No, czas się zbierać. Chcesz iść jeszcze do biblioteki, a potem na lody? – spytała Dominika.

-       Tak! Tak! Bardzo dziękuję!!! – krzyknęła Róża i poszły. Wieczorem umyły się i poszły spać.

 

Następnego dnia Róża musiała z powrotem wracać do szpitala. Dominika spakowała ją i dała jej mały prezent.

 

-       Moja kochana, chciała bym dać ci mały prezent. Proszę – oto moja deszczowa kula. Pomyślałam, że może Ci się podoba – powiedziała. Róż była tak szczęśliwa, że zakręciła się radośnie na wózku i krzyknęła:

-       Och, dziękuję! Dziękuję ci bardzo! Bardzo chciałam mieć taką kulę.

 

Gdy były już w szpitalu, lekarze zbadali ją i powiedzieli, że wygląda dużo lepiej, bowiem Róża miała parę miesięcy wcześniej przeszczep. Powiedzieli, że wyniki będą za parę dni.

 

Minął tydzień, a Dominika była cały czas z Różą. Właśnie przyszli lekarze i nie mieli zbyt dobrych wieści.

 

-       Przykro mi, Dominiko, ale przeszczep się nie przyjął. Spodziewamy się najgorszego. – powiedział doktor na korytarzu do Dominiki. Naraz pierwszy uśmiech Dominiki zszedł jej z twarzy, a po jej policzku spłynęło kilka łez. Lecz po chwili powiedziała:

-       Czy mogę jeszcze na te kilka dni zabrać Różę do domu?

-       Myślę, że należy jej się to. – powiedział doktor i poszedł.

 

A teraz wróćmy do początku naszej opowieści. W pewien deszczowy dzień, przy oknie siedzi sobie dziewczynka z uśmiechem na twarzy. Na chwilę zamknęła oczy i… stało się coś, czego nikt się nie spodziewał – okno się otworzyło, a dziewczynka zamieniła się w maleńką, najpiękniejszą kroplę deszczu. Deszcz przestał na chwilę padać, lecz zaraz znowu zaczął. Ale tym razem ludzie, którzy szli chodnikiem, spojrzeli w niebo i uśmiechnęli się. Zaczęli tańczyć i się śmiać. I spełniło się marzenie małej dziewczynki, która tak wiele przeszła.

 

A co się stało z kulą deszczową? I kim jest Dominika? W kuli, w samym środku pojawiła się piękna, różowa kropelka deszczu i tak już zostało. A Dominika… cóż, nikt tego naprawdę nie wie.

 

KONIEC



15:02, katahal
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31