Dziś cytat, z okazji że najwyraźniej kilka dni temu przekroczyliśmy 100 tys odsłon. Nie jaram się jakoś szczególnie blogowaniem, raczej nie sprawdzam statystyk, nie biorę udziału w konkursach, nie umiem pisać regularnie itd. Jedyne, czego mi żal, to że nie umiem tego bloga otagować czy co się z nim robi. Myślę, że gdyby wyskakiwał przy wyszukiwaniu słów typu białaczka u dzieci itd to nawet mógłby jakimś rodzicom chorych dzieci pomóc. Chyba jest dość pozytywny, mimo wszystko. Pamiętam, jak ja szukałam informacji, kiedy Zu zachorowała (4 lata temu, kurcze, czas leci). Trafiałam na różne blogi, ale zwykle się urywały...co nie nastrajało pozytywnie. Teraz w sumie nie śledzę takich historii, z dzieciaczków białaczkowych czytam tylko o Amelce, jakoś szczególnie jest mi bliska. Pewnie dziś jest już więcej tego typu zapisków. W każdym razie, co tam, 100 tysięcy też może być pretekstem do cytatu ;) Zakładając bloga w pośpiechu wybrałam mu tytuł. Mgliste miałam i mam pojęcie o wu wei, ale jak sądzę raczej dlatego, że ono samo w sobie jest raczej ulotne, nie ma jednej dobrej definicji, wyczuwa się je gdzieś w powietrzu i własnym wnętrzu po prostu.
Cytacik z książki, o której ostatnio wspomniałam, "Jak być leniwym". Tak, wciąż ją czytam, po parę stron dziennie zazwyczaj ;) inaczej przy tym trybie się nie da.
"Dawni Chińczycy ukochali sobie obraz rzeki, która na swojej drodze od gór do morza biegnie tam, gdzie napotyka najmniejszy opór, tworząc piękne i niepowtarzalne meandry. W wu wei chodzi o to, by w codziennym życiu płynąć z prądem; poddać się losowi i spokojnie podążać z nurtem, patrząc na świat z dystansem, podziwem i mądrością. "
Powodzenia :)
I na koniec Zuzi ulubiony kawałek ostatnio, mój też zresztą.
Na polskim Pani zadała dzieciom pracę domową - opowiadanie na jeden z wybranych tematów. Zu napisała...Postanowiłam się z Wami podzielić. Wiem, że każda matka jest zapatrzona w swoje dzieci, ale czyż ona nie jest niesamowita? Kto pisze takie opowiadania w wieku 11 lat...
Dziewczynka, która zamieniła się w kroplę deszczu
Pewnego deszczowego dnia, w małym jednorodzinnym domku, przy oknie siedziała dziewczynka. Lecz nie była to zwykła dziewczynka, która chodziła do szkoły, bawiła się z innymi dziećmi i z rówieśnikami. Była ona chora na chorobę, której nie da się wyleczyć. Miała nauczycielkę, która przychodziła do niej do szpitala. Wszyscy jej zazdrościli, że nie musi chodzić do szkoły. Ona nie przejmowała się przykrymi komentarzami, że jest inna, ponieważ jeździ na wózku inwalidzkim. Dorośli współczuli dziewczynce, a ona… nic. Dlatego, że... No właśnie, dlaczego? Czemu dziewczynka nie była smutna? To była właśnie jej mała tajemnica.
Dziewczynka miała przyjaciółkę ze szpitala. Lecz nie była to zwykła przyjaciółka. Była ona wolontariuszką, która była bardzo niezwykła, tajemnicza i bardzo podnosiło to dziewczynkę na duchu. Dziewczynka miała na imię Róża, a cała wyglądała pięknie jak kwiat. Róża nie miała rodziców, dlatego zajmowała się nią Dominika (bo tak miała na imię wolontariuszka).
Dwa tygodnie wcześniej Róża miała wyjść na parę dni do domu, ale miała problem, bo nie miała gdzie iść. Jej rodzice zginęli, gdy była w szpitalu. Gdy wszyscy zastanawiali się co z Różą zrobić właśnie przyszła Dominika i zaproponowała, że weźmie ją do siebie. Lekarze dobrze znali Dominikę, więc się zgodzili. Gdy Dominika zawiozła ją do siebie, pościeliła jej łóżko i zrobiła obiad. W tym czasie Róża rozejrzała się po domu.
Z zewnątrz dom wyglądał na mały, jednorodzinny domek, lecz w środku przypominał wielki pałac. Miał pełno pokoi, schody, które wyglądały, jakby prowadziły w górę i w górę, i w górę i nigdy się nie kończyły. Dziewczynka niestety nie mogła sprawdzić czy naprawdę schody się nie kończą, lecz zauważyła pewne drzwi, które ją bardzo zaciekawiły. Mimo, że drzwi były takie same jak mnóstwo innych w tym domu, Róża miała przeczucie, że tam „coś” jest. Gdy je otworzyła, zobaczyła pełno różnych fiolek, probówek i różne księgi. Lecz jedna rzecz szczególnie przykuła uwagę Róży. Była to kula. Szklana kula, w której zazwyczaj pada śnieg. Ale ta kula był inna. Zamiast śniegu padał w niej deszcz. Gdy dziewczynka tak patrzyła w kulę, pomyślała o tym, jak bardzo lubi deszcz. Chciała, żeby inni też go lubili. I nagle Róża zobaczyła wewnątrz kuli dziewczynkę pod parasolem i bardzo się zdziwiła.
- Co tam robisz, Różo? – spytała niespodziewanie zjawiając się Dominika.
- O, Dominiko, nie zauważyłam cię. Właśnie znalazłam tu taką piękną kule deszczową. Przypomina mi moje największe marzenie. – powiedziała Róża nadal spoglądając w kulę.
- A jakie masz marzenie, kochana? – spytała Dominika
- Moim marzeniem jest zamienić się w maleńką kroplę deszczu i cieszyć ludzi deszczem, żeby się uśmiechali i byli zawsze radośni, jak ty. – powiedziała Róża i uśmiechnęła się ślicznie do przyjaciółki. Dominika uśmiechnęła się także i powiedziała:
- Masz piękne marzenie. Chodź, już zrobiłam obiad. Lubisz kurczaka z fasolką zieloną? – spytała.
- Och, uwielbiam! Skąd wiedziałaś?
Dominika tylko tajemniczo się uśmiechnęła i zawiozła Różę do kuchni.
Wieczorem, gdy dziewczynka już spała, Dominika przyszła do niej i dała jej buziaka w policzek. Postanowiła, że zaadoptuje Różę i postara się, żeby te dni, które jej zostały były najpiękniejsze.
Następnego ranka, gdy Róża się obudziła, Dominika była już na nogach. Przyszła do dziewczynki, pomogła się ubrać i usiąść na wózku. Dziewczyny zjadły śniadanie i wyszły na spacer. Dominika nie powiedziała gdzie idą, ponieważ chciała zrobić przyjaciółce niespodziankę. Szły, szły i gdy już doszły, okazało się, że dotarły do dość dziwnego parku.
- No, jesteśmy. – powiedziała Dominika i wyjęła ze swojej malutkiej torebki: obrus w kratkę, koszyk piknikowy z jedzeniem i butelkę wody.
- Jak ci się to wszystko zmieściło w tej małej torebce? – zdziwiła się Róża.
- Masz ochotę na kanapkę lub ciasto czekoladowe? – spytała Dominika zmieniając temat.
- Oczywiście, że mam. Tylko… nie ma tu żadnego stołu, a wiesz, że ja… - nie dokończyła zdania, bo jakby na zawołanie zobaczyła przed sobą stół z nakryciem i jedzeniem z koszyka.
- Mam tylko taki, nic innego nie wzięłam. – powiedziała jakby nigdy nic Dominka.
Gdy zaczęły jeść, Róża przyglądała się parkowi. Ćwierkały ptaki, ale jakby inaczej. Nikogo w tym parku nie było.
- No, czas się zbierać. Chcesz iść jeszcze do biblioteki, a potem na lody? – spytała Dominika.
- Tak! Tak! Bardzo dziękuję!!! – krzyknęła Róża i poszły. Wieczorem umyły się i poszły spać.
Następnego dnia Róża musiała z powrotem wracać do szpitala. Dominika spakowała ją i dała jej mały prezent.
- Moja kochana, chciała bym dać ci mały prezent. Proszę – oto moja deszczowa kula. Pomyślałam, że może Ci się podoba – powiedziała. Róż była tak szczęśliwa, że zakręciła się radośnie na wózku i krzyknęła:
- Och, dziękuję! Dziękuję ci bardzo! Bardzo chciałam mieć taką kulę.
Gdy były już w szpitalu, lekarze zbadali ją i powiedzieli, że wygląda dużo lepiej, bowiem Róża miała parę miesięcy wcześniej przeszczep. Powiedzieli, że wyniki będą za parę dni.
Minął tydzień, a Dominika była cały czas z Różą. Właśnie przyszli lekarze i nie mieli zbyt dobrych wieści.
- Przykro mi, Dominiko, ale przeszczep się nie przyjął. Spodziewamy się najgorszego. – powiedział doktor na korytarzu do Dominiki. Naraz pierwszy uśmiech Dominiki zszedł jej z twarzy, a po jej policzku spłynęło kilka łez. Lecz po chwili powiedziała:
- Czy mogę jeszcze na te kilka dni zabrać Różę do domu?
- Myślę, że należy jej się to. – powiedział doktor i poszedł.
A teraz wróćmy do początku naszej opowieści. W pewien deszczowy dzień, przy oknie siedzi sobie dziewczynka z uśmiechem na twarzy. Na chwilę zamknęła oczy i… stało się coś, czego nikt się nie spodziewał – okno się otworzyło, a dziewczynka zamieniła się w maleńką, najpiękniejszą kroplę deszczu. Deszcz przestał na chwilę padać, lecz zaraz znowu zaczął. Ale tym razem ludzie, którzy szli chodnikiem, spojrzeli w niebo i uśmiechnęli się. Zaczęli tańczyć i się śmiać. I spełniło się marzenie małej dziewczynki, która tak wiele przeszła.
A co się stało z kulą deszczową? I kim jest Dominika? W kuli, w samym środku pojawiła się piękna, różowa kropelka deszczu i tak już zostało. A Dominika… cóż, nikt tego naprawdę nie wie.
... na przykład wystrój mieszkania moich dziadków :) Od kiedy pamiętam, jest tak samo, na starych zdjęciach - również. Zmieniają się tylko nośniki muzyki - kiedy ja byłam mała na półkach stały równo poukładane kasety i winyle, wcześniej szpule do magnetofonu, teraz płyty cd. No i pojawiają się nowe dzieci, a starsze dorastają.
Wszystkim życzymy w nowym roku samych dobrych rzeczy. Radości z tych codziennych małych spraw, spokoju, dużo odpoczynku i zdrowia oczywiście :)
Czytam świetną książkę, "Jak być leniwym" Toma Hodgkinsona. Polecam wszystkim zabieganym lub tym, którzy mają poczucie winy z powodu fizycznej niemożności wstania wcześnie rano lub ucięcia sobie drzemki w ciągu dnia :)
Święta minęły nam dość spokojnie, miło i rodzinnie. Sylwester domowo, z fochami, ale co tam - już po na szczęście ;) Od dziś opracowujemy nowy system radzenia sobie samemu z dziećmi, nie wiadomo, kiedy mama będzie mogła znów nam pomóc w odbieraniu ich ze szkoły i przedszkola. Zuza poszła do szkoły uzbrojona w komórkę i wracać będzie sama. Rano rozwozimy się samochodem i Emil o dziwo dał się wyciągnąć z łóżka przed 7:30.
Dawno mnie nie było. Rzeczywistość jako - tako ogarnięta. Oczywiście - jak jest problem to się spinam, kiedy mama była w szpitalu jakoś zdążyłam codziennie pojechać do niej, pomóc się umyć, ogarnąć, w domu wstawić pranie, ugotować obiad itd. Niecały tydzień temu mama ze szpitala wyszła a u mnie nastąpił najwyraźniej spadek adrenaliny bo natychmiast zachciało mi się znowu spaaać. Spanie to moja ulubiona funkcja życiowa, zawsze żałuję, że za to nie płacą. Czasem się śmieję, że najbardziej na świecie lubię spać i zjeżdżać na rowerze z górki. Trudno z tego jednak uczynić hobby, zjazd z górki kiedyś zakończył się dla kiepsko (Anioł Stróż stanął na wysokości zadania - swoją drogą, wylądowałam wtedy na izbie przyjęć tego samego szpitala, w którym leżała teraz 3 tygodnie moja teściowa...) a spanie wyłącza mnie z życia i obowiązków domowych.
Już chyba nie nadrobię tego, co się działo w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Spróbuję w miarę skrótowo.
Zu najprawdopodobniej miała zapalenie oskrzeli (po poprzednim przeziębieniu była w szkole całe dwa dni). Niestety nie byłam z nią od razu u lekarza, bo nasza Pani Doktor też była chora, a w enel-medzie nie było terminów wolnych. Poszłam po kilku dniach podawania na własną rękę mucosolvanu we wziewach i pulneo i lekarka stwierdziła, że coś grubszego tam było na pewno, ale ładnie schodzi i dobrze leczyłam ;) uff. W zeszły poniedziałek znów poszła do szkoły z misją nadrobienia zaległości, zdążyła zaliczyć test z biologii i wpadło kilka piąteczek, po czym w środę obudziła się z zaklejonym ropą okiem. Dziś kolejny poniedziałek i znów poszła do szkoły :) Teraz już chyba do tego czwartku dotrwa...
Emil - kaszel i katar, znowu sterydy (chyba już zostaniemy całą zimę na tym pulmicorcie, bo co odstawię to gorzej), dziś kaszlał w drodze do przedszkola, ale potem już nie, więc mam nadzieję, że tym razem przetrzyma trochę dłużej. W przedszkolu go więcej chyba nie ma niż jest.
I tak jestem dość zadowolona, bo o ile dobrze pamiętam (a można się w tym pogubić, niestety) ani razu jeszcze w tym sezonie nie dostali antybiotyku.Trzeba się jakoś pocieszać, no nie?
Zdjęć nowych nie ma i nie będzie. Bo otóż zepsuty mój telefon, o którym wspomniałam, nie został naprawiony. Naprawy się nie spodziewałam, bo iphonów nie naprawiają, tylko wymieniają na nowe. Ale nie. Otóż cudowna firma orange uznała, że skoro producent daje rok "gwarancji" to nie ma podstaw również do uznania odpowiedzialności sprzedawcy. Ciekawe, że zepsuł się około 13 miesięcy od chwili zakupu. A ja wraz z fakturą otrzymałam kartkę, na której wyraźnie jest napisane, że producent gwarancji nie dołącza, natomiast w salonie mogę oddać go do "naprawy" w ciągu 24 miesięcy. Wkurzona jestem na orange strasznie, nie dość że wciąż wydzwaniają mi z jakimś spamem ofertowym to jeszcze taki numer. Teraz czekam co powie znajomy prawnik, chcę to jakoś ugryźć, bo umowę mam na 3 lata a za wymianę na nowy zaśpiewali sobie ponad 1000 zł. Których oczywiście nie mam, a nawet jakbym miała, to bym im nie zapłaciła. Moja niezbyt gorąca miłość do produktów z jabłkiem również poszła w kąt. W związku z tym - straciłam większość kontaktów (nie były na karcie sim), mnóstwo notatek, sporo zdjęć no i aparat. Czekam.
Mama (mama mojego małżonka, ale jakoś słowo teściowa mnie drażni) jest od zeszłego wtorku u nas. Spędzamy czas pokojowo, Emilek śpi na materacu na podłodze i wcale się nie buntuje, dzieci babci starają się pomagać. Dorobiliśmy się balkonika (dzięki Krzysztof za użyczenie :) ), staramy się sprzątać na bieżąco dziesiątki klocków i autek z podłogi, żeby mama się przypadkiem nie potknęła. Głowa niestety boli a po miesiącu od wypadku dopada chyba mamę kryzys. Nie jest lekko być niesprawnym, obolałym i zależnym od innych :( Żal mi jej strasznie, różnie między nami bywało, jesteśmy zupełnie inne, ale ta sytuacja jakoś nas chyba zbliżyła. I bardzo współczuję, bo kobieta silna i samodzielna a tu nagle taki numer. Mam nadzieję że jeszcze trochę i będzie widać jakąś poprawę, to by pewnie też psychicznie pomogło jej się podnieść.
Marcin ostatnio podśpiewuje wkurzającą pioseneczkę "krok po kroku, krok po kroku... idą święta". Ma taki klimat nerwowy i u nas rzeczywiście nic nie gotowe jeszcze. Oby tylko dzieci były zdrowe - pojedziemy do mojej rodzinki. Jakoś jednak w tym roku tych świąt nie czuję, pewnie przez nawał pracy (a właśnie, od ponad miesiąca chyba chodzę na drugą zmianę - inaczej bym tego nie ogarnęła, czyli wracam do domu po północy), nie mogę się za bardzo z nikim znajomym spotkać, bo po prostu fizycznie nie ma kiedy. Prezenty kupione na szybcika, zamiast coś piec zamówiłam ciasto w ekowiarni, pewnie zrobię jeszcze jakąś sałatkę i tyle. A do tego święta w weekend i zaraz znów do roboty. Za to wbrew naszej tradycji w tym roku kupiliśmy choinkę w moje urodziny i właśnie stoi już sobie i pachnie. Próbuję zrobić szydełkowe ozdoby na nią, ale obawiam się, że zanim skończę - zrzuci igły.
Skończyłam ileś tam lat, w przyszłym roku będzie okrągło - i jakoś się cieszę. Mam dobre życie, mimo wszystko ostatnio dość spokojne i radosne. Z mężem wprawdzie niewiele się widuję ostatnio, bo pracujemy na zmianę, ale i tak jest blisko i dobrze. I myślę, że to nasza zasługa, pracy nad sobą i związkiem, a nie tylko leków, które biorę.
Bo biorę antydepresanty od dłuższego czasu. Ostatnio znajoma mama pisała na swoim blogu o lekach, które wciskane są rodzicom chorych dzieci i powodują głównie otępienie. Ale myślę, że to nie tak. Jedni sobie radzą sami, inni potrzebują wsparcia farmaceutycznego. Dobrze dobrane leki przeciwdepresyjne nie otępiają, a pozwalają po prostu normalnie funkcjonować. Również jako rodzic, partner, dziecko itd. Więc w moim odczuciu - nie ma się czego wstydzić. Każdy sam musi sobie zrobić w takiej sytuacji bilans plusów i minusów. Oczywiście, że leki to nie wszystko - równie ważna, a może nawet ważniejsza jest opieka terapeuty. Boleję nad tym, że tak naprawdę dla rodziców chorujących dzieci nie ma wsparcia. Dla dzieci z resztą też kiepsko z tym. Idealnie byłoby, gdyby w poradniach onkologicznych przyjmował również psycholog. I to nie jeden, ale minimum dwóch. Najlepiej różnych płci. Bo dla dzieci chyba bardziej niż dla dorosłych jest to ważne. Dobrze prowadzona terapia mogłaby nie tylko pomagać leczyć traumę, ale też wspierać proces leczenia. Tego niestety nie rozwiąże jeden psycholog pracujący na oddziale. Może kiedyś coś się ruszy, choć pewnie samo się nie zrobi, a mi osobiście brakuje ducha aktywizmu by organizować takie rzeczy.
Pierwszy "wolny" dzień, uff. W prawdzie jutro do pracy, ale i tak dobrze. Ogarnęliśmy bieżące zakupy, byłam u Teściówki dłużej trochę...
Dzieci wciąż przeziębione. Zuza opuszcza dużo w szkole, trochę się martwię...muszę spróbować pogadać z nauczycielami, ale nie wiem, czy się da, bo szczerze mówiąc niektóre osoby to jest niezły hard core :/
Teściowa miała wczoraj robiony tomograf kontrolny. Krwawienia są mniejsze, ale wciąż są. Głowa boli i pewnie będzie boleć jeszcze długo...w tym tygodniu może będą ją już trochę pionizować...Już jedenaście dni leży na płasko, bolą ją plecy...jeszcze min. Tydzień w szpitalu.
No i tak się jakoś kulamy, męża widywałam przez ostatnie dwa tygodnie chwilę-w nocy...dzieci też niedługo, a do tego jestem tak padnięta, że nie mam siły na więcej niż zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych. W dodatku w niezbyt dobrej jakości, mrożona pizza, makarony, frytki i chleb tostowy królują. Jestem też mistrzynią robienia obiadów z resztek, ostatnio była całkiem niezła zapiekanka z gotowanego dwa dni wcześniej makaronu, pesto, żółtego sera i jajek. Nadspodziewanie smaczna. Do tego wycieranie tyłka Emilowi, oklepywanie obojga, zaganianie do lekcji Zuzi, telewizorowa niania i przytulanie co jakiś czas. Dzieci sobie świetnie radzą, mam nadzieję, że to zamieszanie niedługo ucichnie ;)
Dzięki za wszystkie dobre myśli, miłej niedzieli :)
W czwartek mama Marcina zasłabła w domu, upadając uderzyła się w głowę. Nie odbierała telefonu więc się zdenerwowałam i pojechałam do niej. Przeżyłam chwile grozy, bo od środka drzwi były zamknięte z kluczem w zamku i nie dało się wejść. Karetka, szpital, pęknięta czaszka i stłuczenia. Mama nie może wstawać, w szpitalu poleży jeszcze minimum tydzień. Co dalej zobaczymy. Całe szczęście nie miała krwiaka i mamy nadzieję, że wszystko się cofa.
Zuza niby się wychorowała, w poniedziałek poszła do szkoły. A dziś znów kaszle. Emil od soboty chory, z dusznościami i zapaleniem gardła. Marcin zawalony robotą, ja w pracy na popołudnie, bo inaczej nie miałby kto zostać z dziećmi. Do tego wszystkiego zepsuł mi się telefon i jadę na jakiejś starej nokii. Chwilami wymiękam.
U nas wszystko po staremu, dzieciaki na zmianę zakatarzone i zakaszlane, ale ogólnie spoko ;)
W ostatni weekend zrobiliśmy sobie romantyczny wypad do Berlina, sami we dwoje, fajnie tak czasem odpocząć mentalnie od zgiełku dnia codziennego. Gdyby ktoś się kiedyś wybierał, to z całego serca polecam knajpkę u Hindusa - chyba Indian Snack. Wygląda niepozornie, stare sztuczne kwiatki w przybrudzonych wazonach, ale jedzenie...niebo w paszczy. Kaskelstrasse, numeru nie pamiętam.
Wracając do tematu posta, na allegro fajna akcja - pieniądze tym razem zbierane dla Amelki Bajk. Wejdźcie na jej stronkę i zerknijcie na aukcje, może coś Wam się spodoba :)
Właściwie to jest wpis sprzed kilku dni. Miałam jakiś problem z wrzuceniem linka, wygląda, że teraz się udało. Zuzka w piątek miała kontrole na onkologii, wszystko ok. Ma się dużo ruszać, żeby kości były mocne. I dbać o wapń w diecie.
Niestety już w sobotę coś ją wzięło. Znów nie chodzi do szkoły, do tego stres, bo nie ma jakiś typowych objawów. Niby trochę boli ją gardło, ale czerwone nie jest, pobolewa głowa, ale kataru nie ma. Trochę mam wrażenie, że mówi przez nos, może to zatoki? Dziś miała trochę sraczkę (dostałam do pracy opis na skypie bardzo dokładny, haha). Nie lubię takich chwil, kiedy nie wiadomo o co chodzi. Pogoda tez nie nastraja pozytywnie, ciągle ciemno i zimno, jakoś tak cięższe ostatnie dni. Pomyślcie o nas czasem jeszcze, wciąż potrzeba sporo sił do walki z potworami...
Czuję się w obowiązku napisać, że żyjemy i wszystko u nas normalnie. Już straciłam rachubę, kto kiedy był chory. W każdym razie stan na dziś to: Emil chodzi do przedszkola, a Zuzia nie chodzi do szkoły, bo bierze antybiotyk. Ale w czwartek jest dyskoteka, więc... Jutro kontrola i zobaczymy. Nie wiem, czy ten antybiotyk taki cudowny, ale po jednym dniu było już dużo lepiej. Może jednak był na wyrost.
W piątek u Emilka w przedszkolu był dzień plonów, fajnie tam. W ogóle bardzo się cieszę z tego przedszkola, choć chwilami zaczynam się zastanawiać, czy to moje czy jego przedszkole ;) W każdym razie byłam już na warsztatach filcowania bombek i krasnali a jutro są warsztaty robienia mebli z kartonu. Na nieszczęście - siedzę w pracy popołudniowo w tym tygodniu. A szkoda, bo przy moim zamiłowaniu do prac ręcznych i robienia czegoś z niczego zyskałam w robocie przydomek kobieta - karton. Na pewno bym się w tych meblach odnalazła ;)
Zuzia od poniedziałku chodzi do szkoły. Wiecie, że teraz wyścig szczurów trwa niejako od przedszkola? Zu tydzień nie chodziła do szkoły...W czwartej klasie już pilnują uzupełniania lekcji, co więcej rozdają szczodrze jedynki, jeśli się tego nie zrobi. I co? Okazało się, że pożyczenie zeszytów nawet na jeden wieczór to ogromny problem. Bo mogłaby przepisać też zadanie domowe? W końcu zeszyty podwiozła nam mama Zuzi przyjaciółki, z zupełnie innej dzielnicy Poznania, bo koleżanka mieszkająca na przeciwko niestety nie mogła pomóc. Kolejna historyjka - wczoraj niektóre z dzieci idących do szkoły widziały akcję reanimacyjną pewnej kobiety. I jaki był komentarz? ale miała okropne cycki! Jestem zaniepokojona, co z tych dzieci wyrośnie? :( Co z wrażliwością? Mam wrażenie, że etyka powinna być obowiązkowa. Bo jak widać nauka religii i uczęszczanie na oazy nie przynosi rezultatów...
Emil od piątku nie chodzi do przedszkola. Bo kaszle i smarka. Na razie bez antybiotyku, choć trochę długo to trwa...Babcia była z nim u Pani Doktor. Emilek tytułem wstępu:
E: - Pani doktor, jestem przeziębiony, ale ja tak strasznie, strasznie tęsknię za przedszkolem...Czy będę mógł iść do przedszkola?
P.D.: - Zaraz osłuchamy, zobaczymy gardło i zdecydujemy.
P.D.: - Niestety, Emilku, mam dla Ciebie przykrą wiadomość. Na razie nie będziesz mógł iść do przedszkola.
E: - Dzięki! :D
Jak widać, uczucia Emilka do przedszkola są ambiwalentne ;)