RSS
środa, 02 maja 2012

nie będę znów zaczynać od wymówek, dlaczego pisanie tu mi nie wychodzi ;)

A u nas nic nowego. Ostatni miesiąc pod znakiem Emila alergii, niestety - jest gorzej, miał jakąś masakryczną pokrzywkę nie wiadomo dlaczego, już wyszliśmy na prostą a tu ponoć zapalenie gardła. Z antybiotykiem się wstrzymujemy do piątku, chciałabym, żeby udało się bez bo antybiotyk to znów tydzień w domu i dochodzenie do siebie. Tylko kolejnego osłabienia odporności nam brakuje. Zrobiliśmy prywatnie testy, bo na nfz lub nawet z prywatnego ubezpieczenia, które mam w pracy tylko testy ze skóry, a w jego przypadku to byłoby ryzykowne. Nie mam pojęcia, dlaczego zamiast lepiej jest coraz gorzej, nie chcę, żeby musiał wciąż brać jakieś sterydy, infekcje nawracają, masakra po prostu. Coraz poważniej myślę o jakiejś homeopatii czy czymś takim.

Zuzka też kaszle notorycznie, do tego katar - akurat tu też obstawiam alergię, zaczęła brać zyrtec i przeszło, a że i mnie wzięło w ostatnich dniach katarowo to chyba niestety pyłki robią nam krecią robotę.

Plus tego wszystkiego jest taki, że w ramach walki z roztoczami (na które Emil ponoć nie jest uczulony, choć zobaczymy w nowych testach co wyjdzie) zabrałam się za wiosenne porządki. Z pokoju dzieci po odgruzowaniu wyrzuciłam ze trzy wielkie worki śmieci, przerobiliśmy nasz zbiór segregatorów z dokumentami a kosz na pranie okazał się mieć dno. Skąd się biorą te przedmioty?

Jeśli chodzi o mnie - przeszłam na dietę, zaczęło mnie dołować, że ważę mniej więcej tyle co pod koniec ciąży z Zuzią. 10 lat - 10 kilo, niedobrze. Od jakiś dwóch miesięcy biegamy, ostatnio mała przerwa spowodowana nawałem kataru, przez który nie mogłam oddychać, ale jutro wracam. Mam mocne postanowienie, że doprowadzę ten plan treningowy do końca - zwykle mam problem z doprowadzeniem czegokolwiek do końca... mam nadzieję, że przynajmniej to się uda.

22:23, katahal
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2012

co do częstotliwości wpisów. Ale wiecie - jak nie piszę zbyt często to znaczy, że wszystko u nas w miarę w porządku, tylko czas się nie rozciąga.

Przedstawiam skrót wydarzeń poprzedniego miesiąca:

  • Zuzanna miała 11 urodziny. To dla niej krok w dorosłość niemalże ;) w końcu stała się nastolatką

[właściwie to pamiętam, jak sama kończyłam 11 lat i cieszyłam się, że od tej chwili książka, którą lubiłam pt. "nastolatki robią ozdoby i upominki" będzie też skierowana bezpośrednio do mnie. Pamiętacie te książki? :) ]

Dla mnie to były ciężkie dwa tygodnie, bo 6 dni w pracy a w niedzielę Zuzi imprezki - najpierw dla dzieci z przedszkola, z którymi czasami udaje nam się zobaczyć. Fajnie było, dzieciaki się wybawiły a ja sobie z mamami pogadałam nareszcie. Kolejna niedziela pod znakiem znajomych ze szkoły - tym razem mamy nie przyszły, więc nie miałam nic do roboty.

  • 5 marca obchodziliśmy cichutko rocznicę 2 lat od zakończenia chemioterapii. Oby tak dalej :)
  • Zuzka jakoś ostatnio lepiej z odpornością, Emil co jakiś czas ma swoje chrumkająco - kaszlące epizody, ja się trzymałam długo ale przed weekendem powaliło mnie na serio jakieś grypsko, 4 dni spędziłam w łóżku [dzięki wyrozumiałości rodzinki] niezbyt się z tego ciesząc, bo nawet jak spałam [a uwielbiam spać, jak wiecie] to budziłam się połamana lub przepocona. W każdym razie- było minęło, już zdrowa i jutro do roboty. Marcina przy zdrowiu trzyma adrenalina, której jak brakuje czym prędzej mu dostarczam :P
  • Babcia mieszka wciąż z nami, niby lepiej się czuje, ale wciąż jeszcze nie bardzo na powrót do domu. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak dzieci ją w ogóle wypuszczą za jakiś czas.
  • Emil pokochał swoje przedszkole (choć czasem twierdzi, że go nie cierpi), w którym dostaje na podwieczorek wafle ryżowe z dżemem nazywającym się podobnie do słowa plotka (ktoś zgaduje?). Przedszkole jest naprawdę super, ideałów nie ma na świecie, ale to jest całkiem bliskie :) Ciocie mamy cudowne, widać, że bardzo zależy im na dzieciakach, dbają o nie, obserwują wnikliwie, doradzają mądrze :)

 

zu

na dobranoc urzekający cytacik (wciąż czytam o spaniu ;) ):

"Życie to coś, co robi się , kiedy nie można zasnąć". Fran Leboitz

00:25, katahal
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 lutego 2012

W sumie to podziwiam, że jeszcze tu zaglądacie, nie jestem zbyt regularna ;) Kilka niezwiązanych zbytnio ze sobą akapitów z poprzednich tygodni...

U nas ferie trwają. Zuzia niestety niezbyt zadowolona, bo atrakcji brak. Poprzedni tydzień miałam urlopowy, Zuz pojechała do moich rodziców (i rodzeństwa), więc chociaż jakaś odmiana. Padał tu u nas śnieg wreszcie, kilka dni było naprawdę ładnych i zimowych, ale nawet nie wyjęliśmy sanek, bo dzieci zasmarkane. Emilek znów alergicznie, przeżyłam chwile stresu w zeszłym tygodniu, bo choć jechałam do lekarza w celu osłuchania go wyłącznie, przy rozbieraniu ukazała się ku mojemu przerażeniu występująca właśnie na całym ciele pokrzywka. Nie mam pojęcia, co ją spowodowało. Całe szczęście jeden zastrzyk w dupcię pomógł. Później wprawdzie wyszły mu jakieś siniaki na stopach, też nie mam pojęcia co to, ale zniknęły następnego dnia rano, więc może były spowodowane odciśnięciem butów, może stópki mu spuchły jak dostał tej pokrzywy.

Zuzik zakatarzony i oczy ma jakieś podkrążone, z jej wiecznym fochem na buzi robi to troszkę kiepskie wrażenie. Mam nadzieję, że to tylko jakiś chwilowy spadek formy. Powiem szczerze, dzieci w okresie dojrzewania, nawet u jego progu, są trudne w kontakcie. Kocham ją ogromnie, ale dołuje mnie ten naburmuszony wyraz twarzy. Nie mam ochoty wtedy gadać, ani nic. Wiem, że potrzebuje naszej uwagi, staram się ją poświęcać, ale często po pracy i zrobieniu obiadu mam ochotę po prostu chociaż na godzinę zaszyć się pod kołdrą z herbatą i książką lub gazetą i odsapnąć. Zwykle jednak dokładnie w tej chwili, po napełnieniu brzuszka podsuniętym pod twarz jedzonkiem dzieci mają ochotę na figle. Emil jakoś to jeszcze akceptuje, ale Zuz zawsze chyba odbiera to jak odrzucenie, dowód na brak miłości itd. Dołuje mnie to.

W czasie krótkiego urlopu (mojego, bo Marcin pracował) byliśmy dwa razy w kinie. Dziś koleżanka się ze mnie nabijała w pracy, że powtórzyłam to kilkakrotnie. A to dlatego, że oba filmy wyjątkowo mi się podobały. Zasadniczo nie jestem wielką fanką kina, lubię niektóre filmy (które znam :P ) i mogę je oglądać wielokrotnie, ale ciężko mi dogodzić, bo jestem wrażliwcem strasznym. Trudno mi zwykle oddzielić film od życia, przeżywam te dramaty prawie jak swoje, nie umiem patrzeć na ekran jak na obraz (chyba, że film jest bardzo estetyczny). Unikam więc pozycji, których głównym tematem są wielkie ludzkie dramaty, podłość, zdrada, cierpienie, ból. Przy tym nie przepadam za banałem. Więc jak widać, trudno coś wybrać ;)

Tym razem M zabrał mnie na "Perfect sense" (polski, średnio trafiony tytuł to "Ostatnia miłość na ziemi"). Wrażenia estetyczne na wysokim poziomie ;) .Temat: apokaliptyczny. Ale nie jakieś kiepskie sience fiction, atak kosmitów, epoka lodowcowa, wybuch wulkanu czy kalendarz Majów. Po prostu, z dnia na dzień na świecie zapanowuje dziwna epidemia. Najpierw ludzie tracą węch, później smak, kolejno dalsze zmysły. Co ciekawe, mam wrażenie, że świetnie opisano proces, który człowiek przechodzi w wyniku straty. Najpierw - przygnębienie, obezwładniające, nie do ukojenia. Później - strach i przerażenie. Następne są wściekłość i gniew. Na koniec przebaczenie, akceptacja, spokój i trwanie. Wiecie, nie znam się na filmach, nawet nie umiem o tym pisać - czuję niektóre rzeczy podskórnie, może też odbieram je inaczej, niż twórcy mieli w zamyśle. Pewnie recenzje filmu są różne, może dla niektórych to za proste i zbyt dosłowne, ja byłam zachwycona. Podobało mi się też zakończenie. Jest niedopowiedziane, być może ludzie zachowają swój ostatni zmysł, być może też go utracą, może pozbawieni pozostałych umrą z głodu, może nauczą się żyć. Ale życie płynie dalej.

Drugi film to "Rzeź". Uśmiałam się jak dawno mi się nie zdarzyło, a raczej dużo się śmieję. Świetna analiza stosunków społecznych i relacji międzyludzkich we współczesnym świecie. Do tego wszystko dzieje się w jednym mieszkaniu (i na korytarzu), więc to prawie jak spektakl. Bardzo mi się podobał.

Co jeszcze... Czytam. Kolejną książkę o spaniu (mówiłam, że spanie to moja pasja? Dzieci tego nie lubią...). "Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu". Ciekawa i pouczająca. Usprawiedliwia moją potrzebę snu :) Więcej nie napiszę, ale polecam, do przemyślenia.

Odzyskałam telefon. A właściwie - mam nowy. Wygrałam bitwę z orange. Tu wielkie dzięki dla Artura, znajomego prawnika, który pomógł mi w odpowiednim momencie napisać profesjonalne pismo. W każdym razie, po 2 i pół miesiąca orange łaskawie wymieniło mi mojego zepsutego iphone'a na nowy egzemplarz. Cieszę się, bo jednak przyzwyczaiłam się do tego gadżetu, umowę mam jeszcze na dwa lata, więc kiepsko by było, gdybym musiała "spłacać" coś, czego nie mogę używać. Ale ostatecznie zraziłam się do produktów z jabłkiem, co jest zarzewiem małych konfliktów z małżonkiem, który z kolei jest ich wielkim fanem. Ale cieszy mnie nawet bardziej fakt, że nie odpuściłam. Bo ja mam jakiś taki defekt, że zwykle odpuszczam. Nie sprawdzam cen w sklepach, jak ktoś mi coś źle nabije na kasie to zlewam (chyba, że różnica byłaby znaczna), reklamacji zasadniczo nie piszę, paragony gubię więc z gwarancji nie korzystam. A teraz mi się udało pociągnąć to do końca i jestem z siebie całkiem dumna. Kolejna rzecz, którą mam zamiar doprowadzić do finału to pewna wielka robótka (robota?) szydełkowa. Może tym razem mi się uda, bo zwykle zaczynam różne rzeczy i nie mogę ich skończyć.

A teraz zmykam, moja aplikacja w iphonie analizująca rytm snu pokazuje, że śpię jednak za mało, więc czas się oddalić w kierunku łóżka.

23:17, katahal
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2012

 

magiczny guzik na poniedziałek :)

08:58, katahal
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 stycznia 2012

Dziś cytat, z okazji że najwyraźniej kilka dni temu przekroczyliśmy 100 tys odsłon. Nie jaram się jakoś szczególnie blogowaniem, raczej nie sprawdzam statystyk, nie biorę udziału w konkursach, nie umiem pisać regularnie itd. Jedyne, czego mi żal, to że nie umiem tego bloga otagować czy co się z nim robi. Myślę, że gdyby wyskakiwał przy wyszukiwaniu słów typu białaczka u dzieci itd to nawet mógłby jakimś rodzicom chorych dzieci pomóc. Chyba jest dość pozytywny, mimo wszystko. Pamiętam, jak ja szukałam informacji, kiedy Zu zachorowała (4 lata temu, kurcze, czas leci). Trafiałam na różne blogi, ale zwykle się urywały...co nie nastrajało pozytywnie. Teraz w sumie nie śledzę takich historii, z dzieciaczków białaczkowych czytam tylko o Amelce, jakoś szczególnie jest mi bliska. Pewnie dziś jest już więcej tego typu zapisków. W każdym razie, co tam, 100 tysięcy też może być pretekstem do cytatu ;) Zakładając bloga w pośpiechu wybrałam mu tytuł. Mgliste miałam i mam pojęcie o wu wei, ale jak sądzę raczej dlatego, że ono samo w sobie jest raczej ulotne, nie ma jednej dobrej definicji, wyczuwa się je gdzieś w powietrzu i własnym wnętrzu po prostu.

Cytacik z książki, o której ostatnio wspomniałam, "Jak być leniwym". Tak, wciąż ją czytam, po parę stron dziennie zazwyczaj ;) inaczej przy tym trybie się nie da.

"Dawni Chińczycy ukochali sobie obraz rzeki, która na swojej drodze od gór do morza biegnie tam, gdzie napotyka najmniejszy opór, tworząc piękne i niepowtarzalne meandry. W wu wei chodzi o to, by w codziennym życiu płynąć z prądem; poddać się losowi i spokojnie podążać z nurtem, patrząc na świat z dystansem, podziwem i mądrością. "

Powodzenia :)

I na koniec Zuzi ulubiony kawałek ostatnio, mój też zresztą.

21:07, katahal
Link Komentarze (4) »
wtorek, 10 stycznia 2012

Na polskim Pani zadała dzieciom pracę domową - opowiadanie na jeden z wybranych tematów. Zu napisała...Postanowiłam się z Wami podzielić. Wiem, że każda matka jest zapatrzona w swoje dzieci, ale czyż ona nie jest niesamowita? Kto pisze takie opowiadania w wieku 11 lat...

 

Dziewczynka, która zamieniła się w kroplę deszczu

 

             Pewnego deszczowego dnia, w małym jednorodzinnym domku, przy oknie siedziała dziewczynka. Lecz nie była to zwykła dziewczynka, która chodziła do szkoły, bawiła się z innymi dziećmi i z rówieśnikami. Była ona chora na chorobę, której nie da się wyleczyć. Miała nauczycielkę, która przychodziła do niej do szpitala. Wszyscy jej zazdrościli, że nie musi chodzić do szkoły. Ona nie przejmowała się przykrymi komentarzami, że jest inna, ponieważ jeździ na wózku inwalidzkim. Dorośli współczuli dziewczynce, a ona… nic. Dlatego, że... No właśnie, dlaczego? Czemu dziewczynka nie była smutna? To była właśnie jej mała tajemnica.

 

            Dziewczynka miała przyjaciółkę  ze szpitala. Lecz nie była to zwykła przyjaciółka. Była ona wolontariuszką, która była bardzo niezwykła, tajemnicza i bardzo podnosiło to dziewczynkę na duchu. Dziewczynka miała na imię Róża, a cała wyglądała pięknie jak kwiat. Róża nie miała rodziców, dlatego zajmowała się nią Dominika (bo tak miała na imię wolontariuszka).

 

            Dwa tygodnie wcześniej Róża miała wyjść na parę dni do domu, ale miała problem, bo nie miała gdzie iść. Jej rodzice zginęli, gdy była w szpitalu. Gdy wszyscy zastanawiali się co z Różą zrobić właśnie przyszła Dominika i zaproponowała, że weźmie ją do siebie. Lekarze dobrze znali Dominikę, więc się zgodzili.  Gdy Dominika zawiozła ją do siebie, pościeliła jej łóżko i zrobiła obiad. W tym czasie Róża rozejrzała się po domu.

 

            Z zewnątrz dom wyglądał na mały, jednorodzinny domek, lecz w środku przypominał wielki pałac. Miał pełno pokoi, schody, które wyglądały, jakby prowadziły w górę i w górę, i w górę i nigdy się nie kończyły. Dziewczynka niestety nie mogła sprawdzić czy naprawdę schody się nie kończą, lecz zauważyła pewne drzwi, które ją bardzo zaciekawiły. Mimo, że drzwi były takie same jak mnóstwo innych w tym domu, Róża miała przeczucie, że tam „coś” jest. Gdy je otworzyła, zobaczyła pełno różnych fiolek, probówek i różne księgi. Lecz jedna rzecz szczególnie przykuła uwagę Róży. Była to kula. Szklana kula, w której zazwyczaj pada śnieg. Ale ta kula był inna. Zamiast śniegu padał w niej deszcz. Gdy dziewczynka tak patrzyła w kulę, pomyślała o tym, jak bardzo lubi deszcz. Chciała, żeby inni też go lubili. I nagle Róża zobaczyła wewnątrz kuli dziewczynkę pod parasolem i bardzo się zdziwiła.

 

-       Co tam robisz, Różo? – spytała niespodziewanie zjawiając się Dominika.

-       O, Dominiko, nie zauważyłam cię. Właśnie znalazłam tu taką piękną kule deszczową. Przypomina mi moje największe marzenie. – powiedziała Róża nadal spoglądając w kulę.

-       A jakie masz marzenie, kochana? – spytała Dominika

-       Moim marzeniem jest zamienić się w maleńką kroplę deszczu i cieszyć ludzi deszczem, żeby się uśmiechali i byli zawsze radośni, jak ty. – powiedziała Róża i uśmiechnęła się ślicznie do przyjaciółki. Dominika uśmiechnęła się także i powiedziała:

-       Masz piękne marzenie. Chodź, już zrobiłam obiad. Lubisz kurczaka z fasolką zieloną? – spytała.

-       Och, uwielbiam! Skąd wiedziałaś?

Dominika tylko tajemniczo się uśmiechnęła i zawiozła Różę do kuchni.

            Wieczorem, gdy dziewczynka już spała, Dominika przyszła do niej i dała jej buziaka w policzek. Postanowiła, że zaadoptuje Różę i postara się, żeby te dni, które jej zostały były najpiękniejsze.

 

            Następnego ranka, gdy Róża się obudziła, Dominika była już na nogach. Przyszła do dziewczynki, pomogła się ubrać i usiąść na wózku. Dziewczyny zjadły śniadanie i wyszły na spacer. Dominika nie powiedziała gdzie idą, ponieważ chciała zrobić przyjaciółce niespodziankę. Szły, szły i gdy już doszły, okazało się, że dotarły do dość dziwnego parku.

 

-       No, jesteśmy. – powiedziała Dominika i wyjęła ze swojej malutkiej torebki: obrus w kratkę, koszyk piknikowy z jedzeniem i butelkę wody.

-       Jak ci się to wszystko zmieściło w tej małej torebce? – zdziwiła się Róża.

-       Masz ochotę na kanapkę lub ciasto czekoladowe? – spytała Dominika zmieniając temat.

-       Oczywiście, że mam. Tylko… nie ma tu żadnego stołu, a wiesz, że ja… - nie dokończyła zdania, bo jakby na zawołanie zobaczyła przed sobą stół z nakryciem i jedzeniem z koszyka.

-       Mam tylko taki, nic innego nie wzięłam. – powiedziała jakby nigdy nic Dominka.

 

Gdy zaczęły jeść, Róża przyglądała się parkowi. Ćwierkały ptaki, ale jakby inaczej. Nikogo w tym parku nie było.

 

-       No, czas się zbierać. Chcesz iść jeszcze do biblioteki, a potem na lody? – spytała Dominika.

-       Tak! Tak! Bardzo dziękuję!!! – krzyknęła Róża i poszły. Wieczorem umyły się i poszły spać.

 

Następnego dnia Róża musiała z powrotem wracać do szpitala. Dominika spakowała ją i dała jej mały prezent.

 

-       Moja kochana, chciała bym dać ci mały prezent. Proszę – oto moja deszczowa kula. Pomyślałam, że może Ci się podoba – powiedziała. Róż była tak szczęśliwa, że zakręciła się radośnie na wózku i krzyknęła:

-       Och, dziękuję! Dziękuję ci bardzo! Bardzo chciałam mieć taką kulę.

 

Gdy były już w szpitalu, lekarze zbadali ją i powiedzieli, że wygląda dużo lepiej, bowiem Róża miała parę miesięcy wcześniej przeszczep. Powiedzieli, że wyniki będą za parę dni.

 

Minął tydzień, a Dominika była cały czas z Różą. Właśnie przyszli lekarze i nie mieli zbyt dobrych wieści.

 

-       Przykro mi, Dominiko, ale przeszczep się nie przyjął. Spodziewamy się najgorszego. – powiedział doktor na korytarzu do Dominiki. Naraz pierwszy uśmiech Dominiki zszedł jej z twarzy, a po jej policzku spłynęło kilka łez. Lecz po chwili powiedziała:

-       Czy mogę jeszcze na te kilka dni zabrać Różę do domu?

-       Myślę, że należy jej się to. – powiedział doktor i poszedł.

 

A teraz wróćmy do początku naszej opowieści. W pewien deszczowy dzień, przy oknie siedzi sobie dziewczynka z uśmiechem na twarzy. Na chwilę zamknęła oczy i… stało się coś, czego nikt się nie spodziewał – okno się otworzyło, a dziewczynka zamieniła się w maleńką, najpiękniejszą kroplę deszczu. Deszcz przestał na chwilę padać, lecz zaraz znowu zaczął. Ale tym razem ludzie, którzy szli chodnikiem, spojrzeli w niebo i uśmiechnęli się. Zaczęli tańczyć i się śmiać. I spełniło się marzenie małej dziewczynki, która tak wiele przeszła.

 

A co się stało z kulą deszczową? I kim jest Dominika? W kuli, w samym środku pojawiła się piękna, różowa kropelka deszczu i tak już zostało. A Dominika… cóż, nikt tego naprawdę nie wie.

 

KONIEC



15:02, katahal
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 02 stycznia 2012

... na przykład wystrój mieszkania moich dziadków :) Od kiedy pamiętam, jest tak samo, na starych zdjęciach - również. Zmieniają się tylko nośniki muzyki - kiedy ja byłam mała na półkach stały równo poukładane kasety i winyle, wcześniej szpule do magnetofonu, teraz płyty cd. No i pojawiają się nowe dzieci, a starsze dorastają.

zu i em

Wszystkim życzymy w nowym roku samych dobrych rzeczy. Radości z tych codziennych małych spraw, spokoju, dużo odpoczynku i zdrowia oczywiście :)

 

Czytam świetną książkę, "Jak być leniwym" Toma Hodgkinsona. Polecam wszystkim zabieganym lub tym, którzy mają poczucie winy z powodu fizycznej niemożności wstania wcześnie rano lub ucięcia sobie drzemki w ciągu dnia :)

Święta minęły nam dość spokojnie, miło i rodzinnie. Sylwester domowo, z fochami, ale co tam - już po na szczęście ;) Od dziś opracowujemy nowy system radzenia sobie samemu z dziećmi, nie wiadomo, kiedy mama będzie mogła znów nam pomóc w odbieraniu ich ze szkoły i przedszkola. Zuza poszła do szkoły uzbrojona w komórkę i wracać będzie sama. Rano rozwozimy się samochodem i Emil o dziwo dał się wyciągnąć z łóżka przed 7:30.

 

Miłego tygodnia :)

10:48, katahal
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2011

Dawno mnie nie było. Rzeczywistość jako - tako ogarnięta. Oczywiście - jak jest problem to się spinam, kiedy mama była w szpitalu jakoś zdążyłam codziennie pojechać do niej, pomóc się umyć, ogarnąć, w domu wstawić pranie, ugotować obiad itd. Niecały tydzień temu mama ze szpitala wyszła a u mnie nastąpił najwyraźniej spadek adrenaliny bo natychmiast zachciało mi się znowu spaaać. Spanie to moja ulubiona funkcja życiowa, zawsze żałuję, że za to nie płacą. Czasem się śmieję, że najbardziej na świecie lubię spać i zjeżdżać na rowerze z górki. Trudno z tego jednak uczynić hobby, zjazd z górki kiedyś zakończył się dla kiepsko (Anioł Stróż stanął na wysokości zadania - swoją drogą, wylądowałam wtedy na izbie przyjęć tego samego szpitala, w którym leżała teraz 3 tygodnie moja teściowa...) a spanie wyłącza mnie z życia i obowiązków domowych.

Już chyba nie nadrobię tego, co się działo w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Spróbuję w miarę skrótowo.

Zu najprawdopodobniej miała zapalenie oskrzeli (po poprzednim przeziębieniu była w szkole całe dwa dni). Niestety nie byłam z nią od razu u lekarza, bo nasza Pani Doktor też była chora, a w enel-medzie nie było terminów wolnych. Poszłam po kilku dniach podawania na własną rękę mucosolvanu we wziewach i pulneo i lekarka stwierdziła, że coś grubszego tam było na pewno, ale ładnie schodzi i dobrze leczyłam ;) uff. W zeszły poniedziałek znów poszła do szkoły z misją nadrobienia zaległości, zdążyła zaliczyć test z biologii i wpadło kilka piąteczek, po czym w środę obudziła się z zaklejonym ropą okiem. Dziś kolejny poniedziałek i znów poszła do szkoły :) Teraz już chyba do tego czwartku dotrwa...

Emil - kaszel i katar, znowu sterydy (chyba już zostaniemy całą zimę na tym pulmicorcie, bo co odstawię to gorzej), dziś kaszlał w drodze do przedszkola, ale potem już nie, więc mam nadzieję, że tym razem przetrzyma trochę dłużej. W przedszkolu go więcej chyba nie ma niż jest.

I tak jestem dość zadowolona, bo o ile dobrze pamiętam (a można się w tym pogubić, niestety) ani razu jeszcze w tym sezonie nie dostali antybiotyku.Trzeba się jakoś pocieszać, no nie?

Zdjęć nowych nie ma i nie będzie. Bo otóż zepsuty mój telefon, o którym wspomniałam, nie został naprawiony. Naprawy się nie spodziewałam, bo iphonów nie naprawiają, tylko wymieniają na nowe. Ale nie. Otóż cudowna firma orange uznała, że skoro producent daje rok "gwarancji" to nie ma podstaw również do uznania odpowiedzialności sprzedawcy. Ciekawe, że zepsuł się około 13 miesięcy od chwili zakupu. A ja wraz z fakturą otrzymałam kartkę, na której wyraźnie jest napisane, że producent gwarancji nie dołącza, natomiast w salonie mogę oddać go do "naprawy" w ciągu 24 miesięcy. Wkurzona jestem na orange strasznie, nie dość że wciąż wydzwaniają mi z jakimś spamem ofertowym to jeszcze taki numer. Teraz czekam co powie znajomy prawnik, chcę to jakoś ugryźć, bo umowę mam na 3 lata a za wymianę na nowy zaśpiewali sobie ponad 1000 zł. Których oczywiście nie mam, a nawet jakbym miała, to bym im nie zapłaciła. Moja niezbyt gorąca miłość do produktów z jabłkiem również poszła w kąt. W związku z tym - straciłam większość kontaktów (nie były na karcie sim), mnóstwo notatek, sporo zdjęć no i aparat. Czekam.

Mama (mama mojego małżonka, ale jakoś słowo teściowa mnie drażni) jest od zeszłego wtorku u nas. Spędzamy czas pokojowo, Emilek śpi na materacu na podłodze i wcale się nie buntuje, dzieci babci starają się pomagać. Dorobiliśmy się balkonika (dzięki Krzysztof za użyczenie :) ), staramy się sprzątać na bieżąco dziesiątki klocków i autek z podłogi, żeby mama się przypadkiem nie potknęła. Głowa niestety boli a po miesiącu od wypadku dopada chyba mamę kryzys. Nie jest lekko być niesprawnym, obolałym i zależnym od innych :( Żal mi jej strasznie, różnie między nami bywało, jesteśmy zupełnie inne, ale ta sytuacja jakoś nas chyba zbliżyła. I bardzo współczuję, bo kobieta silna i samodzielna a tu nagle taki numer. Mam nadzieję że jeszcze trochę i będzie widać jakąś poprawę, to by pewnie też psychicznie pomogło jej się podnieść.

Marcin ostatnio podśpiewuje wkurzającą pioseneczkę "krok po kroku, krok po kroku... idą święta". Ma taki klimat nerwowy i u nas rzeczywiście nic nie gotowe jeszcze. Oby tylko dzieci były zdrowe - pojedziemy do mojej rodzinki. Jakoś jednak w tym roku tych świąt nie czuję, pewnie przez nawał pracy (a właśnie, od ponad miesiąca chyba chodzę na drugą zmianę - inaczej bym tego nie ogarnęła, czyli wracam do domu po północy), nie mogę się za bardzo z nikim znajomym spotkać, bo po prostu fizycznie nie ma kiedy. Prezenty kupione na szybcika, zamiast coś piec zamówiłam ciasto w ekowiarni, pewnie zrobię jeszcze jakąś sałatkę i tyle. A do tego święta w weekend i zaraz znów do roboty. Za to wbrew naszej tradycji w tym roku kupiliśmy choinkę w moje urodziny i właśnie stoi już sobie i pachnie. Próbuję zrobić szydełkowe ozdoby na nią, ale obawiam się, że zanim skończę - zrzuci igły.

Skończyłam ileś tam lat, w przyszłym roku będzie okrągło - i jakoś się cieszę. Mam dobre życie, mimo wszystko ostatnio dość spokojne i radosne. Z mężem wprawdzie niewiele się widuję ostatnio, bo pracujemy na zmianę, ale i tak jest blisko i dobrze. I myślę, że to nasza zasługa, pracy nad sobą i związkiem, a nie tylko leków, które biorę.

Bo biorę antydepresanty od dłuższego czasu. Ostatnio znajoma mama pisała na swoim blogu o lekach, które wciskane są rodzicom chorych dzieci i powodują głównie otępienie. Ale myślę, że to nie tak. Jedni sobie radzą sami, inni potrzebują wsparcia farmaceutycznego. Dobrze dobrane leki przeciwdepresyjne nie otępiają, a pozwalają po prostu normalnie funkcjonować. Również jako rodzic, partner, dziecko itd. Więc w moim odczuciu - nie ma się czego wstydzić. Każdy sam musi sobie zrobić w takiej sytuacji bilans plusów i minusów. Oczywiście, że leki to nie wszystko - równie ważna, a może nawet ważniejsza jest opieka terapeuty. Boleję nad tym, że tak naprawdę dla rodziców chorujących dzieci nie ma wsparcia. Dla dzieci z resztą też kiepsko z tym. Idealnie byłoby, gdyby w poradniach onkologicznych przyjmował również psycholog. I to nie jeden, ale minimum dwóch. Najlepiej różnych płci. Bo dla dzieci chyba bardziej niż dla dorosłych jest to ważne. Dobrze prowadzona terapia mogłaby nie tylko pomagać leczyć traumę, ale też wspierać proces leczenia. Tego niestety nie rozwiąże jeden psycholog pracujący na oddziale. Może kiedyś coś się ruszy, choć pewnie samo się nie zrobi, a mi osobiście brakuje ducha aktywizmu by organizować takie rzeczy. 

 

00:47, katahal
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 grudnia 2011
Pierwszy "wolny" dzień, uff. W prawdzie jutro do pracy, ale i tak dobrze. Ogarnęliśmy bieżące zakupy, byłam u Teściówki dłużej trochę... Dzieci wciąż przeziębione. Zuza opuszcza dużo w szkole, trochę się martwię...muszę spróbować pogadać z nauczycielami, ale nie wiem, czy się da, bo szczerze mówiąc niektóre osoby to jest niezły hard core :/ Teściowa miała wczoraj robiony tomograf kontrolny. Krwawienia są mniejsze, ale wciąż są. Głowa boli i pewnie będzie boleć jeszcze długo...w tym tygodniu może będą ją już trochę pionizować...Już jedenaście dni leży na płasko, bolą ją plecy...jeszcze min. Tydzień w szpitalu. No i tak się jakoś kulamy, męża widywałam przez ostatnie dwa tygodnie chwilę-w nocy...dzieci też niedługo, a do tego jestem tak padnięta, że nie mam siły na więcej niż zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych. W dodatku w niezbyt dobrej jakości, mrożona pizza, makarony, frytki i chleb tostowy królują. Jestem też mistrzynią robienia obiadów z resztek, ostatnio była całkiem niezła zapiekanka z gotowanego dwa dni wcześniej makaronu, pesto, żółtego sera i jajek. Nadspodziewanie smaczna. Do tego wycieranie tyłka Emilowi, oklepywanie obojga, zaganianie do lekcji Zuzi, telewizorowa niania i przytulanie co jakiś czas. Dzieci sobie świetnie radzą, mam nadzieję, że to zamieszanie niedługo ucichnie ;) Dzięki za wszystkie dobre myśli, miłej niedzieli :)
22:41, katahal
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 listopada 2011

ostatnio. Jakaś kiepska seria...

W czwartek mama Marcina zasłabła w domu, upadając uderzyła się w głowę. Nie odbierała telefonu więc się zdenerwowałam i pojechałam do niej. Przeżyłam chwile grozy, bo od środka drzwi były zamknięte z kluczem w zamku i nie dało się wejść. Karetka, szpital, pęknięta czaszka i stłuczenia. Mama nie może wstawać, w szpitalu poleży jeszcze minimum tydzień. Co dalej zobaczymy. Całe szczęście nie miała krwiaka i mamy nadzieję, że wszystko się cofa.

 

Zuza niby się wychorowała, w poniedziałek poszła do szkoły. A dziś znów kaszle. Emil od soboty chory, z dusznościami i zapaleniem gardła. Marcin zawalony robotą, ja w pracy na popołudnie, bo inaczej nie miałby kto zostać z dziećmi. Do tego wszystkiego zepsuł mi się telefon i jadę na jakiejś starej nokii. Chwilami wymiękam.

19:53, katahal
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36