|
Blog > Komentarze do wpisu
obecna!W sumie to podziwiam, że jeszcze tu zaglądacie, nie jestem zbyt regularna ;) Kilka niezwiązanych zbytnio ze sobą akapitów z poprzednich tygodni... U nas ferie trwają. Zuzia niestety niezbyt zadowolona, bo atrakcji brak. Poprzedni tydzień miałam urlopowy, Zuz pojechała do moich rodziców (i rodzeństwa), więc chociaż jakaś odmiana. Padał tu u nas śnieg wreszcie, kilka dni było naprawdę ładnych i zimowych, ale nawet nie wyjęliśmy sanek, bo dzieci zasmarkane. Emilek znów alergicznie, przeżyłam chwile stresu w zeszłym tygodniu, bo choć jechałam do lekarza w celu osłuchania go wyłącznie, przy rozbieraniu ukazała się ku mojemu przerażeniu występująca właśnie na całym ciele pokrzywka. Nie mam pojęcia, co ją spowodowało. Całe szczęście jeden zastrzyk w dupcię pomógł. Później wprawdzie wyszły mu jakieś siniaki na stopach, też nie mam pojęcia co to, ale zniknęły następnego dnia rano, więc może były spowodowane odciśnięciem butów, może stópki mu spuchły jak dostał tej pokrzywy. Zuzik zakatarzony i oczy ma jakieś podkrążone, z jej wiecznym fochem na buzi robi to troszkę kiepskie wrażenie. Mam nadzieję, że to tylko jakiś chwilowy spadek formy. Powiem szczerze, dzieci w okresie dojrzewania, nawet u jego progu, są trudne w kontakcie. Kocham ją ogromnie, ale dołuje mnie ten naburmuszony wyraz twarzy. Nie mam ochoty wtedy gadać, ani nic. Wiem, że potrzebuje naszej uwagi, staram się ją poświęcać, ale często po pracy i zrobieniu obiadu mam ochotę po prostu chociaż na godzinę zaszyć się pod kołdrą z herbatą i książką lub gazetą i odsapnąć. Zwykle jednak dokładnie w tej chwili, po napełnieniu brzuszka podsuniętym pod twarz jedzonkiem dzieci mają ochotę na figle. Emil jakoś to jeszcze akceptuje, ale Zuz zawsze chyba odbiera to jak odrzucenie, dowód na brak miłości itd. Dołuje mnie to. W czasie krótkiego urlopu (mojego, bo Marcin pracował) byliśmy dwa razy w kinie. Dziś koleżanka się ze mnie nabijała w pracy, że powtórzyłam to kilkakrotnie. A to dlatego, że oba filmy wyjątkowo mi się podobały. Zasadniczo nie jestem wielką fanką kina, lubię niektóre filmy (które znam :P ) i mogę je oglądać wielokrotnie, ale ciężko mi dogodzić, bo jestem wrażliwcem strasznym. Trudno mi zwykle oddzielić film od życia, przeżywam te dramaty prawie jak swoje, nie umiem patrzeć na ekran jak na obraz (chyba, że film jest bardzo estetyczny). Unikam więc pozycji, których głównym tematem są wielkie ludzkie dramaty, podłość, zdrada, cierpienie, ból. Przy tym nie przepadam za banałem. Więc jak widać, trudno coś wybrać ;) Tym razem M zabrał mnie na "Perfect sense" (polski, średnio trafiony tytuł to "Ostatnia miłość na ziemi"). Wrażenia estetyczne na wysokim poziomie ;) .Temat: apokaliptyczny. Ale nie jakieś kiepskie sience fiction, atak kosmitów, epoka lodowcowa, wybuch wulkanu czy kalendarz Majów. Po prostu, z dnia na dzień na świecie zapanowuje dziwna epidemia. Najpierw ludzie tracą węch, później smak, kolejno dalsze zmysły. Co ciekawe, mam wrażenie, że świetnie opisano proces, który człowiek przechodzi w wyniku straty. Najpierw - przygnębienie, obezwładniające, nie do ukojenia. Później - strach i przerażenie. Następne są wściekłość i gniew. Na koniec przebaczenie, akceptacja, spokój i trwanie. Wiecie, nie znam się na filmach, nawet nie umiem o tym pisać - czuję niektóre rzeczy podskórnie, może też odbieram je inaczej, niż twórcy mieli w zamyśle. Pewnie recenzje filmu są różne, może dla niektórych to za proste i zbyt dosłowne, ja byłam zachwycona. Podobało mi się też zakończenie. Jest niedopowiedziane, być może ludzie zachowają swój ostatni zmysł, być może też go utracą, może pozbawieni pozostałych umrą z głodu, może nauczą się żyć. Ale życie płynie dalej. Drugi film to "Rzeź". Uśmiałam się jak dawno mi się nie zdarzyło, a raczej dużo się śmieję. Świetna analiza stosunków społecznych i relacji międzyludzkich we współczesnym świecie. Do tego wszystko dzieje się w jednym mieszkaniu (i na korytarzu), więc to prawie jak spektakl. Bardzo mi się podobał. Co jeszcze... Czytam. Kolejną książkę o spaniu (mówiłam, że spanie to moja pasja? Dzieci tego nie lubią...). "Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu". Ciekawa i pouczająca. Usprawiedliwia moją potrzebę snu :) Więcej nie napiszę, ale polecam, do przemyślenia. Odzyskałam telefon. A właściwie - mam nowy. Wygrałam bitwę z orange. Tu wielkie dzięki dla Artura, znajomego prawnika, który pomógł mi w odpowiednim momencie napisać profesjonalne pismo. W każdym razie, po 2 i pół miesiąca orange łaskawie wymieniło mi mojego zepsutego iphone'a na nowy egzemplarz. Cieszę się, bo jednak przyzwyczaiłam się do tego gadżetu, umowę mam jeszcze na dwa lata, więc kiepsko by było, gdybym musiała "spłacać" coś, czego nie mogę używać. Ale ostatecznie zraziłam się do produktów z jabłkiem, co jest zarzewiem małych konfliktów z małżonkiem, który z kolei jest ich wielkim fanem. Ale cieszy mnie nawet bardziej fakt, że nie odpuściłam. Bo ja mam jakiś taki defekt, że zwykle odpuszczam. Nie sprawdzam cen w sklepach, jak ktoś mi coś źle nabije na kasie to zlewam (chyba, że różnica byłaby znaczna), reklamacji zasadniczo nie piszę, paragony gubię więc z gwarancji nie korzystam. A teraz mi się udało pociągnąć to do końca i jestem z siebie całkiem dumna. Kolejna rzecz, którą mam zamiar doprowadzić do finału to pewna wielka robótka (robota?) szydełkowa. Może tym razem mi się uda, bo zwykle zaczynam różne rzeczy i nie mogę ich skończyć. A teraz zmykam, moja aplikacja w iphonie analizująca rytm snu pokazuje, że śpię jednak za mało, więc czas się oddalić w kierunku łóżka. poniedziałek, 20 lutego 2012, katahal
|
|